Nie lubię czarnej kawy. Pijam tylko białe.

Przygotowując mieszkanie do wprowadzenia się, urządzaliśmy się tak, jak ówczesne fundusze pozwalały. Na przykład nie wymieniliśmy drzwi wejściowych. Te, które zastaliśmy nie były złe, acz po jakimś czasie wymieniliśmy samo skrzydło, bez ościeżnicy.

Błąd.

Po latach hałas, świszczący wiatr i smród papierosów z klatki schodowej dały się we znaki na tyle, że po awarii jednego z zamków zdecydowaliśmy się na długo wiszącą w powietrzu wymianę drzwi na nowe wraz z ościeżnicą. Drzwi wejściowe do mieszkania są w ścianie betonowej 25cm, którą pod nową ościeżnicę trzeba stosownie wykuć, tudzież podkuć jakoby wierzchowca. Czyli remontowy armagedon. Kto przechodził, ten wie.

A my lubimy porządek i akurat nie uśmiecha nam się remontować połowy mieszkania „przy okazji”.

DSC_6986_DM

Podszedłem więc do tematu metodycznie. Po pierwsze, wziąłem urlop. Po drugie, zakupiłem dwie paczki folii malarskiej, wersja super mocna i rolkę szerokiej taśmy papierowej, tej droższej. Starszego wysłałem do szkoły, a Magdalenę z Przemysławem wywiozłem do dziadków.

Wyniosłem z przedpokoju wszystko, co wynieść się dało. Okleiłem szczelnie folią wszystkie wejścia do pokojów, na sztywno. Całkowita izolacja. Zabarykadowałem się w sypialni (jest najdalej od drzwi wejściowych), uprzednio przenosząc z salonu i kuchni wszystko, co niezbędne do życia – wodę, kawę, cukier, kubek, laptopa, telefon i co tylko. Nawet z piwnicy czajnik elektryczny przyniosłem. Dopiero przed samym kuciem zakleiłem wejście do salonu, i to resztką taśmy – na szczęście wystarczyło co do centymetra.

Wyjęte z lodówki mleko zostało wraz z łyżeczką na kuchennym barku.

Fuck.